Wizytą w Tybecie przypieczętowaliśmy “oficjalną” część naszej wyprawy, nadeszła w końcu pora na powrót do domu. Dwie przesiadki i lądowanie na Okęciu? Jakoś tego nie czuliśmy. Mijające 15 miesięcy naszej podróży dookoła świata były dla nas więcej niż wyjątkowe, wyjątkowy musiał być również powrót do domu.

Tybetańska Lhasa to jedna ze stacji końcowych chińskich kolei. Krótki rzut oka na mapę i jak się okazuje, w Pekinie można przesiąść się na pokład kolei transmongolskiej, która jedzie aż do Moskwy. Stąd natomiast już prosta droga do naszego rodzinnego Grodziska Mazowieckiego. Niewiele się zastanawiając, zaczęliśmy planowanie naszej “romantycznej”, liczącej 11 tys. km kolejowej podróży do domu.

Sam bezpośredni przejazd pociągiem zająłby łącznie ok. 7 dni, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wykorzystali tej podróży do odwiedzenia ciekawych miejsc znajdujących się po drodze. Nieprzekraczalnym terminem na powrót były Święta Bożego Narodzenia – jedne z dala od domu mamy już za sobą i nie chcieliśmy tego scenariusza powtarzać. Oznaczało to, że na zwiedzanie stacji pośrednich możemy poświęcić łącznie ok. 20 dni. Na trasie znajduje się m.in. Mongolia i Syberia, żal więc takiej okazji (pomimo niesprzyjających zimowych warunków pogodowych) było nie wykorzystać. 🙂

Coming home, coming home! 

Stolicę Tybetu pożegnaliśmy z lekkim sentymentem – majestatyczny Pałac Potala majaczył na horyzoncie przez większość naszego przejazdu na dworzec kolejowy. W końcu weszliśmy jednak na pokład pociągu relacji Lhasa – Pekin. W teorii pierwszego pociągu powrotnego – by jednak na dobre zbliżać się do domu przyszło nam jeszcze poczekać, na razie musieliśmy się cofnąć prawie nad sam Pacyfik. 🙂 Nie zważając na to, rozpoczęcie podróży powrotnej uczciliśmy toastem popularnego w Tybecie piwa jęczmiennego.

Przejazd do Pekinu był też wyjątkowy pod innym kątem – w czasie jazdy pociąg wspina się na wysokość pow. 5000 m.n.p.m, co jest światowym rekordem. Przed rozpoczęciem podróży musieliśmy podpisać kwitek zwalniający chińskie koleje z odpowiedzialności w przypadku zachorowania na chorobę wysokościową.

Przy każdej z kuszetek zamontowany jest aparat tlenowy, który w razie potrzeby konduktor może uruchomić do czasu zjazdu w niższe tereny. Nam po wcześniejszej aklimatyzacji takie koło ratunkowe było niepotrzebne, ostatnie chwile w Tybecie poświęciliśmy więc na podziwianie ośnieżonej górskiej panoramy pełnej naszych ulubionych jaków.

Pekin

40-godzinna podróż do Pekinu upłynęła nam niespodziewanie szybko. Na tyle szybko, że obyłoby się najpewniej bez zapasowych 2 dni w tym mieście, które zarezerwowaliśmy sobie na “odpoczynek” po wielogodzinnym przejeździe. Pekin co prawda zwiedziliśmy już w czasie podróży kilka lat temu, ale skoro już tu wróciliśmy (mimo że lata temu zarzekałem się, że moja noga w Chinach już nigdy więcej nie postanie) udaliśmy się na dłuższy spacer po centrum, resztę chwil poświęcając na zajadanie chińskich przysmaków.

Królestwo lodu – Mongolia

W Pekinie formalnie startuje kolej transmongolska, która przecina mongolskie stepy i pustynię Gobi, łącząc się z trasą słynnej kolei transsyberyjskiej. W odróżnieniu od Chin i Rosji, nasza noga nigdy nie postanęła na mongolskiej ziemi – stąd zdecydowaliśmy się tu na dłuższy, bo aż 5-dniowy postój.

Pociąg relacji Pekin – Ułan Bator był jedynym, w którym wykupiliśmy pierwszą klasę przejazdu. Jak bardzo kochamy naród chiński, tym bardziej kochamy, gdy jest jak najdalej od nas – stąd decyzja o wykosztowaniu się na droższy bilet. Pierwsza klasa w mongolskim pociągu to dość ekskluzywny wariant podróży – przedział to prywatny “pokój” 2-osobowy, z dostępem do prysznica.

Droga upłynęła nam więc dość komfortowo, na granicy mongolsko-chińskiej czekał nas dodatkowy “smaczek”, za który ponoć kolejowe geeki dałyby się pokroić – zmiana rozstawu kół. Chińska kolej operuje głównie na torach o rozstawie 1435 mm, mongolska i rosyjska na 1524 mm. Nigdy jakoś nie zastanawialiśmy się jak odbywa się zmiana rozstawu kół, ale mimo wszystko byliśmy zaskoczeni, gdy na przygranicznej bocznicy gigantycznymi lewarami podniesiono nasz wagon i po prostu zmieniono całe podwozie na “nowe”. Sam proces jego wymiany dla całego pociągu trwał niewiele ponad godzinę.

Zmiana rozstawu kół jest jedną z dwóch atrakcji całego przejazdu – drugą stanowi przejazd przez pustynię Gobi. Krajobraz po pewnym czasie staje się jednak monotonny. Zawzięcie wypatrywaliśmy na horyzoncie dzikich wielbłądów, które ponoć czasami można tu zobaczyć. Niestety bezskutecznie, być może zimują na dalszych, bardziej przyjaznych terenach, część przy torach pokryta była niewielką warstwą śniegu.

Stolica zimna – Ułan Bator

Po dojeździe do Ułan Bator czekała na nas niemiła “niespodzianka”. Do tej pory to tereny Syberii kojarzyły nam się z biegunem zimna, zupełnie nie spodziewaliśmy się tego co czeka nas po przyjeździe do stolicy Mongolii. Jak się okazuje, jest to najzimniejsza stolica świata ze średnią roczną temperaturą poniżej zera. Tutejsze poranki, dla których wskazania termometra przekraczały -20°C uznawaliśmy za ciepłe, zamarzająca śluzówka w nosie i sklejające się powieki stały się normalką w czasie spacerów po mieście. Pomimo tego, że mieliśmy na sobie po kilka warstw ubrań regularnie musieliśmy na kilka minut wchodzić do sklepów czy knajp, by na nowo nabrać ciepłoty ciała. Na naszej skali zimna nigdy nie zanotowaliśmy takich odczytów jak w Mongolii, tu siarczysty mróz wręcz ciśnie na usta najgorsze, siarczyste przekleństwa. Najbardziej deprymującym w tym wszystkim był jednak fakt, że w momencie, gdy zimno przenikało nas do szpiku kości, na ulicach co rusz spotykaliśmy ludzi bez czapek, szalików czy rękawiczek (jeśli byli to rzeczywiście ludzie, a nie mongolskie cyborgi patrolujące miasto).

Ciekawostką była dla nas też pora walking touru, w którym uczestniczyliśmy – dwukrotnie upewnialiśmy się, czy nie zaszła jakaś pomyłka z wyznaczoną na 19.00 godziną startu wycieczki. Co zabawne, żadnej pomyłki nie było – tour odbył się w czasie gdy temperatura odczuwalna sięgała -29°C. Widząc nasze szczękające szczęki przewodniczka pocieszyła nas jednak, że winter is coming, a teraz to mamy dość ciepłe dni przejściowe. 🙂

Ułan Bator na pewno nie należy do najładniejszych miast, które kiedykolwiek odwiedziliśmy, jednak zaskoczył nas pozytywnie (nie biorąc pod uwagę drastycznych temperatur – za te odbieramy jednogłośnie jedną gwiazdkę).

Nie jest to rzeczą oczywistą, ale Mongołowie to w większości wyznawcy buddyzmu i z tym właśnie są związane dwa miejsca, które szczególnie przypadły nam tutaj do gustu. Pierwszym jest klasztor Gandantegchinlen, który został zbudowany na początku XIX w. Kompleks w cudowny sposób uniknął zniszczeń w czasach czystek z 1930 r., w ramach których na “prośbę” Stalina (oficjalnie Komunistyczna Republika Ludowa Mongolii była niezależnym państwem) zniszczono ponad 90% buddyjskich klasztorów w kraju, zabijając przy tym 15 tyś. lamów. Do upadku komunizmu w 1990 r. Gandantegchinlen był jedynym funkcjonującym klasztorem na terenie całej Mongolii. Dziś w dalszym ciągu stanowi najważniejsze miejsce kultu buddyjskiego w całym kraju.

W centrum świątyni znajduje się naprawdę imponująca 26-metrowa pozłacana statua Avalokiteśwary, choć nie wiemy jednak czy jeszcze bardziej imponującym nie jest widok Mongołów pochylających się jej w ramach modłów w czasie gdy temperatura wewnątrz budynku sięga znacznie poniżej -10°C.

Kolejnym interesującym miejscem na terenie Ułan Bator jest zimowy pałac cesarza Bogd Khana, wybudowany na przełomie XIX i XX w. Oprócz ciekawej architektury łączącej mongolskie i chińskie wpływy w środku pałacu można podziwiać