Co prawda blisko trzy miesiące spędzone w Kanadzie i USA minęły nam w mgnieniu oka, powoli zaczynaliśmy czuć już przesyt północnoamerykańskimi klimatami. Na ratunek przyszedł nam Czarny Ląd, który zdecydowanie zapewnił nam drobną zmianę “klimatu”. Swoją przygodę z Afryką rozpoczęliśmy od RPA i jej największego miasta Johannesburga, gdzie dolecieliśmy z Los Angeles po dwóch przesiadkach w Dublinie i Abu Dabi. Ta pierwsza była dla nas szczególnie sentymentalna – na tablicy odlotów pojawiały się takie miasta jak Rzeszów czy Kraków… Kufel Guinessa pozwolił jednak ugasić tęsknotę. 😉
W Johannesburgu spędziliśmy łącznie pięć nocy – trzy po dolocie oraz dwie po skończonym road tripie, o którym opowiemy w dalszej części posta. Miasto leży pół godziny drogi od konstytucyjnej stolicy kraju – Pretorii. To właśnie tam, następnego ranka po dolocie udaliśmy się do ambasady Namibii (którą odwiedzimy miesiąc później) celem załatwienia sobie wizy wjazdowej. Wybraliśmy proces ekspresowy z odbiorem paszportów po 24 godzinach. Przyspieszony tryb zdaje się nie być wybierany zbyt często, dlatego chyba potraktowano nas w szczególny sposób.
Do złożonego wniosku wizowego należy uiścić niewielką opłatę (80 NAD), po zaakceptowaniu wniosku wpłaca się większą część kwoty (1000 NAD). Ambasada Namibii oficjalnie nie przyjmuje gotówki, w dwóch miejscach wywieszone są informacje o tym, że akceptowane są wyłącznie wpłaty na konto. Nam przy składaniu dokumentów powiedziano, że nie ma problemu kłopotać się do banku, by wpłacić 80 NAD, całość pieniędzy wpłacimy po zaakceptowaniu wniosku dnia kolejnego. Jednak mili Ci Afrykańczycy, tacy uczynni i pomocni.
Nie wyczuliśmy jednak zupełnie pisma nosem – urzędnik następnego poranka już przy drzwiach gorąco nas powitał, pytając czy mamy ze sobą gotówkę, jednocześnie przywołując do siebie (“come, come, come”) z dala od zasięgu kamer. Ani się nie obejrzeliśmy ~500 PLN szybko zmieniło właściciela, a my z wizami, choć nieco zdezorientowani znaleźliśmy się po chwili przed bramą ambasady. Welcome to Africa. 🙂
Po załatwieniu wiz starczyło nam jedynie czasu na odwiedzenie muzeum apartheidu. Wizyta w muzeum poświęconym tej ciągnącej się od 1948 r. do 1994 r. czarnej karcie w historii RPA jak w wielu tego typu przybytkach nie należy do najprzyjemniejszych. Na początku, symbolicznie i losowo, odwiedzający dzieleni są na białe i kolorowe grupy, które wchodzą odrębnymi bramkami, później jest jeszcze bardziej przejmująco.
Muzeum zaczyna się od chronologii procesu “dojścia” do apartheidu, który w rzeczywistości został zapoczątkowany już kilkadziesiąt lat wcześniej wyzyskiem czarnego człowieka przez Brytyjczyków oraz Holendrów (którzy po kilku dekadach pobytu na afrykańskim kontynencie zaczęli nazywać się Afrykanerami). Dość powiedzieć, że w 1913 r. w rękach czarnoskórych obywateli, którzy stanowili 80% ogółu społeczeństwa było jedynie około 10% ziemi.
Było to jedynie preludium dla tego co miało nastąpić w kolejnych dekadach – podziału społeczeństwa wedle koloru skóry w ramach spisu powszechnego. Na jego podstawie stworzono de facto dwa odrębne państwa – kolor skóry determinował m.in. sposób kształcenia, dostęp do ochrony zdrowia, partnera życiowego, a nawet prowincję, w której możliwe jest zamieszkanie (na porządku dziennym były wywłaszczenia i relokacje).
Przed przyjazdem do Afryki mimo wszystko mieliśmy dość okrojoną wiedzę o apartheidzie, która sprowadza się, pewnie jak dla sporej części osób, do schematu “ucieśnienie czarnego człowieka, uwolnienie Nelsona Mandeli i prezydentura, wszyscy żyją długo i szczęśliwie”. Rzeczywistość była oczywiście o wiele bardziej burzliwa i dynamiczna – to co zaskoczyło nas najbardziej to fakt, że więcej ofiar walk o wyzwolenie przypadło już w 4 lata po uwolnieniu Nelsona Mandeli w 1990 r., niż w ciągu 4 wcześniejszych dekad apartheidu.
Mimo wielu historycznych ciekawostek i zgłębienia wiedzy o apartheidzie wizyty w muzeum nie oceniamy całościowo zbyt dobrze. Prezentacja poszczególnych elementów historii była dla nas niezwykle chaotyczna i łatwo było zgubić główny wątek. Co gorsze jednak, muzeum zdawało nam się być dość tendencyjne, część aspektów zręcznie przemilczana, a część przedstawiona w korzystnym świetle. Przykładem może być powstanie uczniów w dzielnicy Johannesburga – Soweto w 1976 r., które zakończyło się otworzeniem przez policję ognia do demonstrantów. Efekt oczywiście do przewidzenia – kilkadziesiąt ofiar wśród nastolatków. Wystawa nie wspomina jednak w żadnym punkcie o wcześniejszym zakatowaniu przez uczniów dwójki białych mężczyzn, co sprowokowało policję do zdecydowanej reakcji.
Muzeum apartheidu nie jest na pewno muzeum dla czarnoskórych, historię jak wiadomo piszą jednak “zwycięzcy”. Mimo wszystko jest ono obowiązkowym punktem wizyty w Johannesburgu umożliwiającym przeniesienie się do rzeczywistości zaledwie sprzed 3 dekad. W mieście jest jeszcze kilka punktów związanych z apartheidem i drogą ku wolności afrykańskiego narodu. Kilkugodzinne toury po wspomnianej dzielnicy Soweto kosztują o dziwo aż 200 PLN. Jak na wycieczkę po slumsach, z atrakcjami pokroju: dom Mandeli, plac demonstracji, czy pomnik poległego studenta dla nas to jednak zbyt wiele, w miejsce to zdecydowaliśmy się na odpoczynek przed zbliżającą się podróżą.
Zmieniliśmy co prawda kontynent, nie zmieniamy jednak formy zwiedzania. Po raz kolejny wynajmujemy samochód, bez którego tutaj ani rusz. Relację z road tripa przedstawiamy jak zwykle w porządku dziennym – bo tak łatwiej i przejrzyściej 😉
Dzień 1
Ruszamy w trasę! Nie obywa się bez drobnych perturbacji, nasza wypożyczalnia (AVIS) zapomina podstawić wynajęty przez nas samochód do centrum Johannesburga, by go odebrać musimy udać się na lotnisko. Kończy się na tym, że samochodem na drodze jesteśmy z blisko trzygodzinnym opóźnieniem – welcome to Africa, babe 😉
Do przejechania mamy 300 km, jedynym przystankiem na drodze jest supermarket oraz stacja benzynowa, za którą kryje się… mini rezerwat, którym z wolna przemierzają nosorożce, strusie, antylopy i bawoły. Nie wiemy zupełnie co o tym myśleć, z jednej strony to sól afrykańskiej ziemi, z drugiej jednak zamknięta na niewielkiej przestrzeni na zwykłym CPN-ie. Na camping (Sabie River) jedziemy starając się wymazać ten widok z pamięci.
Dzień 2
Podążamy dziś osławioną trasą widokową Panorama Route. Pierwszym przystankiem jest Pinnacle Rock – ostaniec tuż przy jednym z punktów widokowych. Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego gdyby nie fakt, że by go ujrzeć należy najpierw uiścić opłatę rzędu 4 zł. Nie jest to dużo, ale jak się ma później okazać w Afryce trzeba płacić za wszystko.
Podobnie sprawa ma się na kolejnych dwu przystankach. W tzw. God’s Window nie widzimy ani Boga ani okna, mgła przesłania cały widok co nie przeszkadza jednak w zakasowaniu od każdego z samochodów kilku złotych. Przy Lisbon Falls jest odrobinę lepiej – widoczność dobra, gorzej natomiast jednak z samymi widokami. 😉 W planach mieliśmy położone nieopodal wodospady Berlin falls, jednak mamy dość wyjmowania portfela przy każdym z możliwych, do bólu przeciętnych miejsc.
Mimo wszystko zatrzymujemy się przy Bourke’s Luck Potholes – “dziurach” w granicie, które powstałych w wyniku wodnej erozji. By podziwiać wytwór matki natury dziesiątki turystów muszą posmarować po kilka euro. Powoli z koniecznością płacenia za takie widoki przechodzimy do porządku dziennego tłumacząc sobie, że w ten sposób pośrodku niczego tworzone są miejsca pracy, mając również nadzieję, że nasz samochód jest choć odrobinę bezpieczniejszy na parkingu.
Mówimy pas “kulturalnym występom” afrykańskich dzieci, z którymi po przedstawieniu spora grupa turystów strzela sobie fotkę, przyjmując pozy pełne czułości. Trochę dziwna to dla nas forma niezapomnianego selfie. 😉
Dalsza trasa na wschód zaczyna przebiegać przez coraz to biedniejsze rejony. Robi się coraz to bardziej “afrykańsko”, w każdej z wiosek drogę przebiegają nam wszędobylskie kozy, niczym psy spuszczone z łańcucha.
Ostatni punkt dnia dzisiejszego okazuje się być bezsprzecznie najlepszy – zatrzymujemy się przy kanionie Blyde, przy którym podążamy trasą Leoparda – Perliczki (Leopard – Guinea Fowl). Szlak choć dość wymagający, jest niezwykle zróżnicowany i oferuje więcej niż przyzwoite widoki. O tym, że jesteśmy w Afryce na sam koniec przypominają nam przeraźliwie pohukujące w oddali pawiany. Szlak leoparda to nasza ostatnia forma aktywności fizycznej na najbliższe dni, tym bardziej cieszymy się z wizyty tutaj.
Wieczorem dojeżdżamy do bram parku narodowego Krugera, gdzie odbędziemy swoje pierwsze afrykańskie safari. Mijane znaki ostrzegawcze z symbolem słonia i guźca zapowiadają, że będzie się działo. W namiocie lądujemy już o 21ej – tak się prowadzimy w Afryce. 😉
Dzień 3 – Phalaborba – Letaba poprzez Boulders Bush Lodge
Punktualnie o szóstej przekraczamy bramy parku narodowego Krugera. Wczorajsze znaki ostrzegające o słoniach nie mijały się z prawdą, nie ujeżdżamy nawet kilometra, a przy drodze witają nas te monumentalne trąbacze.
Jak to zwykle bywa z pierwszymi spotkaniami ze zwierzakami, każde z osobna do bólu celebrujemy. Obfotografowujemy przez długi czas ledwie wystającego w wodzie hipopotama, by pod sam koniec (prawie) przestać wyjmować aparat przy spotykanych tłuściochach stojących nieopodal drogi. Podobnie sprawa ma się z różnej maści antylopami, bezustannie zachwycają nas jednak pojawiające się co jakiś czas przy drodze słonie i żyrafy.
W ciągu dnia udaje nam się spotkać jeszcze całą plejadę zachwycających stworów z bawołami, zebrami i krokodylami na czele. W sektorze centralnym parku, który zwiedzamy nie mamy szczęścia z typowymi drapieżnikami sawanny: lwami, gepardami, czy hienami, jak na razie po dniu dzisiejszym jednak nie narzekamy.
Dzień kończymy minigrillem – co nas zaskakuje ceny w przycampingowym sklepie nie zwalają z nóg, piwo za 3 zł, dorodny stek z antylopy za 10 zł. Piwa sobie oczywiście nie odmawiam, jednakże mimo wszystko mówię pas w przypadku steka – idea cykania fotek antylopom za dnia, a ich konsumpcji w nocy jednak trochę się we mnie kłóci. By umniejszyć odrobinę hipokryzji, kończy się na kiełbasce wołowej… Na pocieszenie Monika przypomina, że nasze żarcie ze słoików też jest niczego sobie. 😉
Dzień 4 – Letaba do Skukuza
Poranna objazdówka obfituje po raz kolejny w widziane wczoraj zwierzaki, my jednak w dalszym ciągu “polujemy” na drapieżniki. W końcu po blisko 4 godzinach jazdy wreszcie się udaje – w oddali widzimy 2 lwice z młodymi.
Zmieniamy odrobinę priorytety i naszym celem staje się teraz inny kot – gepard. Błąkamy się po bocznych drogach, gdzie rzekomo ktoś widział go dzień wcześniej, jednakże niestety nie mamy szczęścia. Decydujemy się na ruszenie w kierunku naszego oddalonego o 120 km campingu, gdy karta zaczyna się odwracać. Najpierw przy drodze widzimy 2 szakale – ichnie mikro połączenie wilka i lisa.












































